Historia Ady
Ciąża to wyjątkowy czas, który często łączy się z radością, ale i obawami. Kobieta liczy na wsparcie lekarza prowadzącego, który rozwieje jej wątpliwości i zadba o jej zdrowie. Niestety, nie zawsze tak jest. Czasem zostajemy same, bez informacji i opieki, które powinny być standardem.
Moje doświadczenia w gabinetach lekarskich były bardzo zróżnicowane. Czasem pozytywne, czasem nie. Jednak to, co utkwiło mi w pamięci najmocniej i czego nie zapomnę do końca życia, wydarzyło się w piątym tygodniu mojej ciąży.
"Od pięciu lat chodziłam prywatnie do tej samej lekarki. Wydawało mi się, że to osoba kompetentna i zaangażowana, dlatego czułam się pewnie, gdy przyszłam do niej na pierwsze USG po pozytywnym teście ciążowym. Nie spodziewałam się jednak, że wyjdę stamtąd z poczuciem strachu i całkowitej bezradności. Lekarka, z kamienną twarzą, oznajmiła: „Na razie nic nie widać. Niech się Pani na nic nie nastawia”. Poleciła mi wrócić za dwa tygodnie i zakończyła wizytę, nie próbując nawet mnie uspokoić."
Pełna obaw czekałam na kolejną wizytę. Ale ta nigdy się nie odbyła. Lekarka, bez żadnej informacji, z dnia na dzień zniknęła z przychodni. Nikt nie wiedział, co się stało. Rejestratorki twierdziły, że „jest chora i niedługo wróci”. Przez wiele tygodni pacjentki były w zawieszeniu, niepewne, czy kontynuować leczenie, czy szukać nowego lekarza. Prawdy dowiedziałam się przypadkiem – nowy ginekolog, do którego trafiłam, powiedział mi wprost, że moja poprzednia lekarka wyjechała do pracy w innym mieście.
Z perspektywy czasu wiem, że ta sytuacja była dla mnie ogromnym stresem, którego mogłam uniknąć, gdyby ktoś zachował się wobec pacjentek uczciwie. Na szczęście moja ciąża przebiegła pomyślnie i urodziłam zdrową córeczkę. Jednak trauma i brak zaufania do lekarzy pozostały ze mną na długo.
Też masz swoją historię?
Podziel się nią z nami. Nie milczmy i nie zgadzajmy się na bagatelizowanie!